· Zaktualizowano ·

Jak jesteś od wszystkiego, to jesteś do niczego. Najbardziej szkodliwe przysłowie, jakie znam

Jestem elektrykiem i programistą, piszę, uczę się rzeczy, które nie mieszczą się wygodnie w żadnej z tych szuflad, a od czasu do czasu podejmuję jeszcze inne zajęcia, przez które formularze zawierające pojedyncze pole „zawód” zaczynają patrzeć na mnie z wyraźną niechęcią. Gdy opowiadam o tym komuś po raz pierwszy, odpowiedzią rzadko jest zwykłe „ciekawe”; znacznie częściej pojawia się krótkie milczenie, lekkie zmrużenie oczu i pytanie wypowiedziane tonem człowieka, który właśnie zauważył błąd w mojej deklaracji podatkowej:

„No dobrze, ale czym ty się właściwie zajmujesz?”

Za tym pytaniem stoi jedno z najbardziej uporczywych polskich przysłów: „jak ktoś jest od wszystkiego, to jest do niczego”. Zdanie jest krótkie, rytmiczne i wyposażone w tę szczególną pewność siebie, jaką zwykle dysponują wyłącznie porzekadła oraz wujkowie przy świątecznym stole, dlatego łatwo przyjąć je jako skondensowaną mądrość pokoleń. Problem w tym, że gdy spróbujemy je rozwinąć i zapytać, co właściwie oznacza, otrzymujemy tezę dość osobliwą: człowiek zainteresowany kilkoma dziedzinami miałby automatycznie nie nadawać się do żadnej z nich.

Dlaczego właściwie?

O co chodzi, a o co nie?

Nie zamierzam przekonywać, że specjalizacja jest zła, zbędna albo stanowi spisek mający powstrzymać narodziny kolejnych Leonardów da Vinci. Jeśli mam mieć operowane serce, wolę chirurga, który wykonywał dany zabieg pięćset razy, niż niezwykle wszechstronnego człowieka renesansu, który rano piecze chleb, po południu naprawia skrzypce, a wieczorem, akurat po raz pierwszy, zamierza zajrzeć mi do klatki piersiowej. Głębia wiedzy ma znaczenie, doświadczenie również, a tysiące godzin praktyki nie przestają być potrzebne tylko dlatego, że modne stało się opowiadanie o interdyscyplinarności.

Nie twierdzę też, że samo kolekcjonowanie zainteresowań czyni człowieka kompetentnym. Można rozpocząć piętnaście kursów, kupić książki do dziesięciu nowych dziedzin i po roku umieć przede wszystkim bardzo przekonująco opowiadać o planach. Szerokość bez choćby odrobiny głębi łatwo zmienia się w turystykę intelektualną, podczas której zwiedzamy kolejne pojęcia, robimy sobie zdjęcie przy definicji i jedziemy dalej, zanim zdążymy cokolwiek zrozumieć.

Kłopot zaczyna się dopiero wtedy, gdy rozsądne zdanie „warto być w czymś naprawdę dobrym” zmienia się w znacznie mniej rozsądne „wolno być dobrym tylko w jednej rzeczy”. Specjalizacja jest narzędziem służącym do osiągania głębi; nie wynika z tego jeszcze, że powinna stać się całą tożsamością człowieka i jedynym dopuszczalnym sposobem organizowania życia.

Pochwała jednego dołka

System, przez który przechodzimy od dzieciństwa, zdecydowanie preferuje tę drugą wersję, ponieważ świat złożony z jasno opisanych specjalistów jest łatwiejszy do uporządkowania. Szkoła dzieli wiedzę na przedmioty, uczelnia na kierunki, firmy na stanowiska, a LinkedIn udostępnia pod nazwiskiem niewielkie pole, w którym należy zwięźle objaśnić własne istnienie. „Frontend developer” mieści się znakomicie; „frontend developer, elektryk, człowiek budujący aplikację do nauki i jeszcze parę rzeczy, o których opowiem przy kawie” wygląda już jak awaria bazy danych.

Jacob Lund Fisker, fizyk i autor książki Early Retirement Extreme, zwraca uwagę, że model „jeden człowiek, jedna specjalizacja” jest niezwykle wygodny dla nowoczesnej gospodarki. Głęboko wyspecjalizowany pracownik wykonuje jedną czynność, zarabia w jednym miejscu, a wszystkie pozostałe potrzeby zaspokaja, kupując usługi innych specjalistów, którzy z kolei robią dokładnie to samo. Układ jest wydajny, czytelny i znakomicie działa, dopóki nic istotnego się nie zmienia; przypomina pod tym względem wieżę z kieliszków, która prezentuje się imponująco właśnie dlatego, że nikt jeszcze nie potrącił stołu.

W takim świecie idealna kariera przypomina kopanie jednego dołka. Najpierw wybiera się fragment ziemi, najlepiej w wieku, w którym człowiek nie potrafi jeszcze wybrać porządnych butów, a następnie kopie przez szkołę, studia i kolejne stanowiska, coraz węziej i coraz głębiej. Po dwudziestu latach zna się znakomicie każdy centymetr ściany, wszystkie odmiany występującej tam gliny i prawidłowy sposób trzymania łopaty; nie bardzo tylko wiadomo, co przez ten czas wydarzyło się na powierzchni.

Sam fakt zejścia głęboko nie jest oczywiście problemem. Problem pojawia się wtedy, gdy po drodze zasypujemy jedyne wyjście.

Gdy zmieniają się reguły

David Epstein w książce Range opisuje dwa rodzaje środowisk. Pierwsze nazywa „uprzejmymi”: obowiązujące reguły pozostają w nich względnie stałe, podobne sytuacje regularnie się powtarzają, a informację zwrotną otrzymujemy szybko. Szachy są środowiskiem uprzejmym, ponieważ figury nie zmieniają potajemnie sposobu poruszania się w połowie partii; podobnie piłka golfowa nie aktualizuje praw fizyki podczas lotu, a źle zagrany akord niemal natychmiast informuje muzyka, że wydarzyło się coś niezgodnego z planem. W takich warunkach wczesna i wąska specjalizacja potrafi dać olbrzymią przewagę.

Istnieją jednak także środowiska „złośliwe”, w których reguły zmieniają się podczas gry, konsekwencje decyzji pojawiają się po wielu latach, a doświadczenie zdobyte wczoraj może jutro stać się materiałem do muzealnej gabloty. Biznes jest złośliwy, rynek pracy również, natomiast technologia uprawia złośliwość niemal zawodowo: branża się kurczy, firma tnie etaty, nowe narzędzie automatyzuje część stanowiska, a człowiek trzyma w rękach dwadzieścia lat bardzo prawdziwego doświadczenia jak bilet na pociąg, który właśnie wykreślono z rozkładu. Bilet jest autentyczny, kosztował wiele pracy i nadal znajduje się na nim właściwa data; problem polega wyłącznie na tym, że pociągu nie ma.

Dwie gry, dwie rozsądne strategie
CechaŚrodowisko uprzejmeŚrodowisko złośliwe
RegułyPozostają względnie stałe i dają się wielokrotnie ćwiczyć.Zmieniają się w trakcie gry, czasem szybciej niż szkolenie.
Informacja zwrotnaPojawia się szybko i zwykle wskazuje, co poprawić.Bywa opóźniona, niepełna albo myląca.
PrzewagaGłęboka specjalizacja i tysiące podobnych powtórzeń.Szeroki zestaw modeli, przenoszenie doświadczeń i kilka punktów oparcia.

Znam ten mechanizm z własnego życia. Kiedy programowanie przestaje być miejscem tworzenia, a zaczyna przypominać wielomiesięczną naradę dotyczącą koloru guzika, mogę przenieść część energii gdzie indziej: nie dlatego, że w każdej dziedzinie jestem arcymistrzem, lecz dlatego, że moje życie nie zostało podłączone do jednego gniazdka. Elektryka, programowanie, pisanie i pozostałe zainteresowania tworzą kilka punktów oparcia, więc zachwianie jednego z nich nie musi automatycznie przewracać całej konstrukcji.

Fisker nazwałby taki układ luźno sprzężonym; rolnik powiedziałby zapewne, że nie należy obsiewać całego pola jedną rośliną, inżynier wspomniałby o redundancji, a babcia mogłaby przywołać coś o jajkach i koszyku. Każdy użyłby innego języka, lecz wszyscy opisywaliby tę samą, niezbyt mistyczną zasadę.

Jedna zasada

Nie warto uzależniać całego życia od pojedynczej specjalizacji.

Ile trzeba umieć, żeby wolno było zacząć?

W tym miejscu często pojawia się kolejny odruch: skoro nie mogę poświęcić nowej dziedzinie dziesięciu tysięcy godzin i zostać światowej klasy ekspertem, nie ma sensu przeznaczać na nią nawet dziesięciu. Jest to osobliwy standard, którego nie stosujemy prawie nigdzie indziej. Nikt rozsądny nie rezygnuje z gotowania obiadu dlatego, że prawdopodobnie nie zdobędzie gwiazdki Michelin, ani z nauki pierwszej pomocy z powodu nikłych szans na karierę kardiochirurga; wobec wiedzy zachowujemy się jednak tak, jakby pomiędzy całkowitą niewiedzą a profesurą rozciągało się bagno, do którego wstęp mają wyłącznie dyletanci.

Waqas Ahmed, autor The Polymath, nazywa to kultem specjalizacji. Ciekawość obejmująca kilka obszarów przedstawia się jako brak dyscypliny, a rozpoczęcie nauki nowej dziedziny jako podejrzane „rozdrabnianie się”, nawet jeśli człowiek nie zamierza zostać w niej zawodowym ekspertem. Należy wybrać szufladę, wejść do środka i uprzejmie nie wystawać, ponieważ każda ręka lub noga pojawiająca się poza ustalonym opisem stanowiska utrudnia wypełnienie formularza.

Tymczasem nie trzeba zostać tynkarzem, żeby nauczyć się czegoś od tynkarza. Elektrykowi może wystarczyć jeden dzień pracy obok człowieka, który później zakrywa wykonane przez niego bruzdy, aby zaczął inaczej myśleć o prowadzeniu przewodów. Nadal nie będzie ekspertem od tynków i nie powinien z tego powodu otwierać firmy tynkarskiej, będzie jednak lepszym elektrykiem, ponieważ zobaczył konsekwencje własnej pracy z perspektywy następnego fachowca.

Właśnie na tym polega jedna z największych zalet szerokiej wiedzy: pojęcia nie stoją w głowie w osobnych pokojach i nie sprawdzają uprawnień przy wejściu. Programowanie uczy rozkładania problemów na mniejsze części; elektryka bezlitośnie przypomina, że świat materialny nie przyjmuje aktualizacji po kliknięciu „cofnij”; prowadzenie firmy pokazuje, że rozwiązanie technicznie piękne może być praktycznie bezużyteczne, natomiast pisanie ujawnia, czy rzeczywiście coś rozumiem, czy tylko nauczyłem się przyjaźnie kiwać głową nad podręcznikiem. Każda z tych umiejętności pracuje w pozostałych, nawet jeśli w CV występują w osobnych sekcjach.

Leonardo da Vinci stał się symbolem człowieka renesansu nie dlatego, że przypadkiem zgromadził dużą liczbę niepowiązanych hobby, lecz dlatego, że przenosił pytania i narzędzia pomiędzy anatomią, mechaniką, geometrią oraz malarstwem. Oko malarza pomagało anatomowi, anatomia pomagała malarzowi, a mechanika podpowiadała pytania jednemu i drugiemu. Jego wiedza nie przypominała szeregu szczelnie zamkniętych słoików ustawionych według etykiet, lecz sieć, w której znaczenie każdego elementu rosło dzięki połączeniom z pozostałymi.

Jeden gruby konar i trochę gałęzi

Lepszą metaforą od dołka jest więc chyba drzewo. Dobrze mieć jeden gruby konar: fach, który zna się porządnie, który daje oparcie i, nie ma co udawać, pozwala również zapłacić rachunki. Drzewo złożone wyłącznie z cienkich gałązek przewróci pierwszy mocniejszy wiatr, podobnie jak człowiek znający podstawy dwudziestu dziedzin, ale niepotrafiący wykonać żadnej pracy na poziomie użytecznym, może odkryć, że wszechstronność nie płaci za ogrzewanie.

Pojedynczy pień bez korony także nie jest jednak szczytem biologicznej finezji. Sąsiednie umiejętności wzmacniają główny fach, otwierają drogi ucieczki i pozwalają zauważać rozwiązania niewidoczne z dna jednej specjalizacji, przy czym nie trzeba od razu prowadzić życia mnicha, który złożył śluby przeciwko serialom oraz wolnym weekendom. Czasem wystarczy przeczytać dobrą książkę spoza własnej branży, zrobić niewielki projekt, popracować obok kogoś z innego fachu albo spróbować własnymi rękami, aby uzyskać perspektywę, której kolejny specjalistyczny kurs nigdy by nie dostarczył.

Nie chodzi również o robienie pięciu rzeczy jednocześnie na sto procent, ponieważ jest to znakomity przepis nie na renesans, lecz na wyczerpanie. Wiele dziedzin można rozwijać kolejno, w różnych okresach i z różną intensywnością; fakt, że interesuje mnie kilka obszarów, nie oznacza, że wszystkie muszą znajdować się otwarte w osobnych oknach tego samego popołudnia. Szerokość w skali życia jest czymś zupełnie innym niż wielozadaniowość w skali pięciu minut.

Przysłowie z dopisanym zakończeniem

Angielski krewny naszego porzekadła brzmi jack of all trades, master of none. W internecie często występuje w dłuższej wersji: though oftentimes better than master of one, czyli „choć nierzadko lepszy od mistrza jednej rzeczy”. Nie ma dobrych dowodów, że efektowna końcówka należała do pierwotnego powiedzenia; najprawdopodobniej dopisano ją znacznie później, ponieważ internet bardzo lubi odnajdywać starożytne źródła dla zdań powstałych mniej więcej przedwczoraj.

Nie szkodzi, bo dopisek trafia w ważny punkt, nawet jeśli nie jest językowym zabytkiem. Specjalizacja jest narzędziem, nie tożsamością; można zejść głęboko, nie zasypując za sobą wyjścia, znać jeden fach bardzo dobrze i nadal pozwalać sobie na ciekawość, a także być „od wszystkiego” w skromniejszym, praktycznym sensie: nie wiedzieć wszystkiego, lecz nie bać się wejść na obcy teren, nauczyć podstaw i połączyć ich z tym, co już się umie.

Bycie od wszystkiego nie gwarantuje oczywiście, że człowiek będzie dobry w czymkolwiek, ponieważ samo zbieranie hobby nie jest jeszcze strategią, podobnie jak posiadanie wielu książek nie staje się automatycznie wiedzą. Bycie od jednej rzeczy również jednak niczego nie gwarantuje, poza tym, że jeśli owa rzecz zniknie, cały plan może zniknąć razem z nią.

Nie trzeba więc zostawać mistrzem wszystkiego, co jest niewykonalne, a poza tym musiałoby być okropnie męczące. Wystarczy nie zgodzić się na to, aby jedna użyteczna specjalizacja zamieniła się w szufladę, którą ktoś z zewnątrz zamknie i podpisze naszym nazwiskiem.

  • #praca
  • #specjalizacja
  • #rozwój

Najczęstsze pytania

Czy specjalizacja jest zła?

Nie. Specjalizacja daje potrzebną głębię. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna specjalizacja ma stać się całą tożsamością i zamyka drogę do innych kompetencji.

Czy wiele zainteresowań automatycznie daje kompetencje?

Nie. Szerokość bez praktyki łatwo zamienia się w kolekcjonowanie kursów. Każda ważna dziedzina nadal wymaga czasu i mierzalnej pracy.

Po co rozwijać umiejętności z kilku dziedzin?

Łączenie dziedzin może zwiększać odporność zawodową, ułatwiać przenoszenie pomysłów między obszarami i budować ciekawsze możliwości działania.

Komentarze

Ładowanie komentarzy…

Bez logowania i bez śledzenia. Komentarze pojawiają się po akceptacji. Szczegóły w regulaminie i polityce prywatności.