· Zaktualizowano · Łukasz Piera
25 000 słów później
Gdzieś w rolce mojego aparatu nadal leży zrzut ekranu z rozmowy, którą próbowałem prowadzić z Turkiem za pośrednictwem Google Translate. Podawaliśmy sobie telefon jak przedmiot ceremonialny, cierpliwie czekając, aż maszyna przetłumaczy kolejną wypowiedź, aż w pewnym momencie aplikacja oznajmiła spokojnym, robotycznym tonem: „Tam są wilki i niedźwiedzie, atakują”. Pokiwałem poważnie głową, mój rozmówca odpowiedział równie poważnym skinieniem i przez chwilę obaj zachowywaliśmy się tak, jakby właśnie doszło między nami do pełnego porozumienia, choć żaden nie był całkiem pewien, co właściwie zostało uzgodnione.

Przez lata cała moja relacja z angielskim wyglądała bardzo podobnie. Otwierałem ciekawy artykuł, potykałem się na trzecim zdaniu, sprawdzałem jedno słowo, następnie drugie, po chwili nie pamiętałem już początku akapitu, a w końcu wklejałem cały tekst do tłumacza, żeby zakończyć cierpienie. Formalnie rzecz biorąc, rozumiałem wtedy treść; praktycznie nie uczyłem się prawie niczego, podobnie jak człowiek przeniesiony przez rzekę na cudzych plecach może znaleźć się na drugim brzegu, lecz nie powinien na tej podstawie aktualizować rubryki „umiejętność pływania”.
Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy zamiast po raz kolejny próbować „bardziej przykładać się do angielskiego”, zbudowałem system oparty na tym, jak rzeczywiście działa pamięć. W ciągu dwóch lat zapamiętałem dzięki niemu około 25 000 angielskich słów, ucząc się niemal każdego dnia i odpowiadając łącznie na ponad czterysta tysięcy powtórek. Liczby brzmią na tyle efektownie, że łatwo byłoby zrobić z tej historii opowieść o talencie, wyjątkowej dyscyplinie albo metodzie, która w trzy proste kroki zmienia człowieka w chodzący słownik.
Nie jest to żadna z tych opowieści.
Czym ta historia nie jest
Zacznijmy od talentu, ponieważ ten najłatwiej dopisać do rezultatu, gdy nie widziało się prowadzących do niego dwóch lat. Moje szkolne oceny z języków były konsekwentne (i konsekwentnie złe), a przez większość życia trzymałem samego siebie w szufladzie opisanej zdaniem „nie jestem człowiekiem od języków”. Nie miałem szczególnego słuchu, intuicyjnie nie wyczuwałem gramatyki i z pewnością nie należałem do osób, które po tygodniowym wyjeździe zaczynają zamawiać kolację z lokalnym akcentem.
Nie jest to także opowieść o pełnej płynności językowej. Zapamiętanie 25 000 słów nie sprawiło, że moja gramatyka stała się elegancka, wymowa zaczęła zachwycać native speakerów, a każda rozmowa popłynęła bez wysiłku niczym starannie wyreżyserowana scena z kursu językowego. Dało mi coś bardziej konkretnego i, z mojego punktu widzenia, znacznie cenniejszego: możliwość swobodnego czytania artykułów, dokumentacji i książek, a także rozumienia rozmów bez ciągłego zatrzymywania się po to, aby sprawdzić kolejne słowo.
Przełom zawdzięczam w dużej mierze mojemu mentorowi, Bartoszowi Czekale, który pokazał mi, jak działa pamięć i w jaki sposób zbudować wokół niej system nauki, zamiast opierać wszystko na dobrych chęciach, przypływach motywacji oraz niejasnym przekonaniu, że następnym razem na pewno będę bardziej regularny. To właśnie za pomocą poznanych od niego technik nauczyłem się 25 000 angielskich słów, a ponieważ korzystałem z Anki, program zachował nie tylko końcowy rezultat, lecz także mało romantyczny zapis drogi prowadzącej do niego.
Anki, w przeciwieństwie do ludzkiej pamięci autobiograficznej, zapisuje wszystko.

Co naprawdę oznacza 25 000 słów
Czy potrafię wyciągnąć dowolne z tych słów na zawołanie, jak sztuczkę demonstrowaną podczas przyjęcia? Do pewnego stopnia tak, choć znacznie ciekawszym skutkiem ubocznym okazało się moje ciche przejście na emeryturę ze Scrabble po polsku: słowa przychodzą mi zbyt łatwo, przez co nikt nie ma już szczególnej ochoty siadać ze mną do planszy. Uczciwa odpowiedź wymaga jednak rozróżnienia pomiędzy słownictwem czynnym i biernym, które bardzo często wrzuca się do jednego worka, a następnie porównuje liczby tak, jakby oznaczały dokładnie to samo.
Słownictwo czynne obejmuje wyrazy, których potrafimy samodzielnie użyć w mowie lub piśmie. Zwykle jest ich znacznie mniej, niż podpowiada wyobrażenie o „znajomości języka”, ponieważ w codziennych rozmowach większość ludzi krąży wokół podobnych tematów: pracy, rodziny, jedzenia, planów oraz tego, dlaczego znowu pada. Słownictwo bierne to natomiast wszystkie wyrazy, które rozpoznajemy podczas czytania i słuchania, nawet jeśli sami nigdy nie wpadlibyśmy na pomysł, aby włączyć je do zdania wypowiadanego przy kawie.
| Rodzaj słownictwa | Co potrafię | Najlepszy sprawdzian |
|---|---|---|
| Czynne | Samodzielnie wydobywam słowo i używam go w mowie albo piśmie. | Czy potrafię zbudować z nim własne zdanie bez podpowiedzi? |
| Bierne | Rozpoznaję słowo podczas czytania lub słuchania i rozumiem jego znaczenie. | Czy tekst pozostaje zrozumiały bez otwierania słownika? |
Moje 25 000 słów znajduje się przede wszystkim w tej drugiej kategorii, dokładnie tam, gdzie chciałem je mieć. Nie przygotowywałem się do konkursu krasomówczego ani wieczoru poezji angielskiej; próbowałem otworzyć sobie ogromną część internetu, literatury oraz dokumentacji technicznej, która została napisana po angielsku. Jeśli natrafiam dziś na słowo rzadkie, specjalistyczne albo zwyczajnie pretensjonalne, chcę je rozpoznać i bez przeszkód czytać dalej, niekoniecznie zaś użyć go kilka godzin później podczas rozmowy o pogodzie.
Dla porządku trzeba dodać, że nie zaczynałem od zera. Lata szkolnego angielskiego pozostawiły mi podstawy gramatyki i wystarczającą znajomość języka, aby przebrnąć przez proste zdania, choć nie na tyle, by robić to swobodnie. Ta chwiejna konstrukcja pozwoliła mi ominąć materiał dla początkujących i skoncentrować prawie cały wysiłek na słownictwie, które, jeśli wolno zainwestować tylko w jeden element, daje wyjątkowo dobry zwrot. Mając wystarczająco wiele słów, można bowiem poskładać ogólne znaczenie nawet wtedy, gdy znajomość gramatyki trzyma się jeszcze na taśmę izolacyjną; działanie odwrotne jest znacznie trudniejsze, ponieważ najpiękniej opanowana konstrukcja zdania nie pomoże szczególnie, gdy brakuje wyrazów, które można do niej wstawić.
Narzędzie i drobny druk
Podstawowym narzędziem było Anki, czyli program do fiszek wykorzystujący powtórki rozłożone w czasie. W uproszczeniu każda karta wraca w chwili, w której odpowiedź zaczyna sprawiać trudność, a jeżeli nadal ją pamiętamy, następny odstęp staje się dłuższy. Dzięki temu łatwe słowa stopniowo znikają na tygodnie, miesiące i lata, natomiast te uparte pojawiają się częściej, dopóki wreszcie nie przestaną zachowywać się jak goście, którzy przy każdym spotkaniu przedstawiają się od początku.
Metoda działa, ale dołączony do niej drobny druk rzadko trafia na okładki poradników. Po porządnej sesji powtórek mózg potrafi czuć się jak mięsień po ciężkim treningu; stan ten nazywałem bloody brain syndrome i nadal uważam, że określenie wyjątkowo uczciwie oddaje połączenie zmęczenia, lekkiego otępienia i braku ochoty na przyjmowanie choćby jednego dodatkowego słowa.

Drugi dopisek dotyczy kontekstu. Fiszka zawierająca wyłącznie parę „ubiquitous: wszechobecny” może zostać zapamiętana, lecz takie słowo rzadko przeżywa później kontakt z prawdziwym językiem, ponieważ nie ma wokół siebie żadnej sytuacji, obrazu ani typowego zastosowania. Znacznie lepiej działa zdanie, którego naprawdę można użyć, na przykład „Wi-Fi is so ubiquitous”; dlatego ilekroć jakieś słowo uparcie mi uciekało, przepisywałem kartę, dodawałem świeży przykład albo zmieniałem pytanie, a ta drobna naprawa zwykle wystarczała, aby problem zniknął.
Nie jest więc prawdą, że samo wrzucenie tysięcy par słów do aplikacji automatycznie tworzy słownictwo. Anki bardzo dobrze planuje moment powtórki, ale nie uratuje źle zaprojektowanej karty, podobnie jak najlepszy kalendarz treningowy nie poprawi ćwiczenia wykonywanego niewłaściwą techniką.
Dwa lata o szóstej rano
Moja rutyna nie miała w sobie niczego widowiskowego. Przez dwa lata wstawałem około szóstej rano, przed pracą, po czym przez godzinę, dwie, a czasami trzy przerabiałem fiszki; w ciągu dnia wykorzystywałem jeszcze wolne chwile na łatwiejsze powtórki. To właściwie cała metoda, ponieważ nie istnieje tajemniczy trzeci krok, w którym po odpowiednim ustawieniu biurka słownictwo zaczyna samo przenikać do pamięci.
Anki ma przy tym cechę, za którą jestem mu szczególnie wdzięczny: prowadzi statystyki, dzięki czemu nie muszę prosić, aby ktokolwiek wierzył mi na słowo albo przyjmował bardzo ludzkie wspomnienie „uczyłem się prawie codziennie” jako precyzyjną jednostkę pomiarową. W badanym okresie pracowałem przez 881 z 883 dni i wykonałem łącznie 434 561 powtórek, czyli średnio około 490 dziennie. Na wykresie godzinowym znajduje się jeden wyraźny, ciemnoniebieski szczyt przypadający na szóstą rano; trudno byłoby znaleźć bardziej zwięzły portret tamtych dwóch lat.


Później krzywa zaczęła robić dokładnie to, co obiecuje system powtórek rozłożonych w czasie: gwałtownie opadła. Gdy karty dojrzały, nie musiałem już każdego dnia walczyć z pięciuset pytaniami; obecnie pojawia się ich około trzydziestu, a cała sesja zajmuje dwie lub trzy minuty przy porannej kawie. Wielki projekt zmienił się w zwykłą konserwację, choć przez pierwsze dwa lata trzeba było najpierw tę konstrukcję wybudować.
Uczyć się po coś, nie po nic
Gdybym miał z całej historii wyciągnąć tylko jeden wniosek, nie brzmiałby on „używaj Anki”, choć nadal uważam, że jest to znakomite narzędzie. Projekt tej wielkości przeżywa przede wszystkim dzięki konkretnemu celowi, ponieważ sama fascynacja imponującą liczbą kart rzadko wystarcza, aby przez niemal dziewięćset dni siadać rano do pracy.
Nie zapamiętywałem 25 000 słów po to, aby komukolwiek zaimponować, wygrać konkurs albo oprawić sobie certyfikat w ramkę. Chciałem uzyskać swobodny dostęp do internetu, artykułów, dokumentacji, książek i rozmów, a angielski był drzwiami prowadzącymi do tego świata. W gorsze poranki nie podnosiła mnie z łóżka miłość do fiszek (ta, zapewniam, ma swoje naturalne granice), lecz świadomość, że każda kolejna sesja otwiera te drzwi trochę szerzej.
Ten sam test można zastosować do prawie każdej umiejętności. Zdanie „nauczę się tego, żeby więcej zarabiać” jest abstrakcją, a abstrakcje mają tę przykrą właściwość, że rzadko wstają o szóstej rano. „Chcę zbudować tę konkretną rzecz”, „chcę przeczytać tę książkę bez tłumacza” albo „chcę samodzielnie rozwiązać ten problem” prowadzą do działań, których rezultat można sobie wyobrazić. Im bardziej rzeczywisty jest powód, tym mniej codziennej pracy trzeba opierać na chwilowej motywacji.
Na koniec pozostaje jeszcze jedno odkrycie z terenu: znajomość 25 000 słów obejmuje także wiedzę o tym, kiedy lepiej ich nie używać. Człowiek, który podczas luźnej rozmowy z native speakerami wtrąci quintessential, może zdobyć śmiech znacznie szybciej niż uznanie, ponieważ w codziennym języku zazwyczaj wygrywa prostota. Wyszukane słowa są przede wszystkim do rozumienia; zwyczajne do ludzi.
Co sprowadza mnie z powrotem do tamtej ulicznej rozmowy prowadzonej przez Google Translate. Dziś z wilkami, niedźwiedziami i ich tureckim zwiastunem prawdopodobnie dogadałbym się sam, choć dla bezpieczeństwa najpierw upewniłbym się, czy rzeczywiście mowa była o ataku.

- #nauka
- #angielski
- #Anki
- #pamięć
Najczęstsze pytania
Czy zapamiętanie 25 000 słów oznacza płynność w języku?
Nie. Duży zasób słownictwa bardzo ułatwił mi czytanie i rozumienie, ale nie zastąpił gramatyki, wymowy ani praktyki rozmowy.
Czy do nauki słów wystarczy samo Anki?
Nie. Anki organizuje powtórki, lecz wartość systemu zależy od jakości materiału, regularności i używania języka poza fiszkami.
Co było ważniejsze od samej liczby słów?
Konkretny powód do nauki i system, który pozwalał wracać do niej niemal codziennie także wtedy, gdy brakowało motywacji.
Komentarze
Ładowanie komentarzy…
Bez logowania i bez śledzenia. Komentarze pojawiają się po akceptacji. Szczegóły w regulaminie i polityce prywatności.